Grudzień


Na początku grudnia podjęłam decyzję, że powrócę do regularnego pisania. To żadna nowość, gdyby przestudiować poprzednie wpisy na blogu, okazałoby się, że kiedyś starałam się pisać - mniej lub bardziej - regularnie. Czasem jednak jedna mała rzecz wybijała mnie z rytmu i przestawałam. Czasem też czułam, że przecież „nic się nie dzieje” (a w gruncie rzeczy działo się dużo, ale myślałam, że to nic nie znaczy). Przez ten rok trochę siebie poznałam. Postanowiłam więc, że to „regularnie” będzie oznaczało (co najmniej) jeden wpis w miesiącu. Reasumując - za rok będzie można zobaczyć tu 12 postów. Krótszych lub dłuższych.
Jako małe podsumowanie mojego życia.


Grudzień to od zawsze „miesiąc oczekiwania”. Nie tylko dlatego, że jestem chrześcijanką. Zdaje się, że to kwestia panującej aury. W tym konkretnym miesiącu jest coś wyjątkowego. Co więcej, nawet komercjalizacja świąt (które wówczas tracą swój charakter, rozmiękają, będąc nazywane miałko „happy holidays”) oraz zapętlone wciąż i wciąż kolędy nie zdołały zepsuć mi nastroju.

Postanowiłam bowiem, że grudzień przeżyję sama w sobie.


Narodziny Salome


Dziesiąty grudnia to dla mnie wyjątkowa data - takie prywatne święto. Siedem lat temu postanowiłam/poczułam, że zostanę artystką. Miałam 18 lat i potraktowałam to bardzo poważnie. Bardzo trudno i dziwnie jest pisać o tamtym momencie mojego życia. Był wyjątkowy, bo po prostu „wiedziałam”. Wiedziałam, że jestem artystką. I nigdy później nie byłam tego tak pewna, jak właśnie wtedy.

Każdy 10 grudnia to jest „mój dzień”. Traktuję siebie wówczas jak ukochaną osobę i zabieram się na randkę. Czasem te „urodziny Salome” znaczyły dla mnie więcej niż inne uroczystości. Przeżywałam je mocno, świadomie robiąc artystyczne podsumowanie minionego roku.

Tym razem byłam pragmatyczna. Ta „wyjątkowa rzecz”, którą sobie sama sprawiłam, to czas na uporządkowanie reprodukcji moich prac. Sprzątanie jako forma medytacji. W tym momencie wszystkie prace znajdują się w chmurze - każdy projekt jest opisany, a zdjęcia są posegregowane i znajdują się w odpowiednich folderach. Mała rzecz, która przywróciła porządek.




Twórca/Twórcy


Mam niesamowite szczęście do poznawania utalentowanych ludzi. To wspaniałe, móc wymieniać między sobą tę energię twórczą, rozmawiać o swoich pomysłach i wspierać się nawzajem w swoich działaniach. Grudzień był miesiącem świetnych wystaw, a ja byłam ich cichym obserwatorem.


Trafiłam między innymi na wernisaż „Coming out”, gdzie spotkałam moją dobrą koleżankę i artystkę - Aleksandrę. To nie jest mała rzecz - "Coming out" rokrocznie prezentuje najlepsze dyplomy Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W tym roku na wystawie pojawił się m.in. „Obraz totalny” wykonany przez Olę.

„Grafika, którą wykonałam, jest obrazem totalnym. Tworząc ją, wyobrażałam sobie wszechogarniającą, obezwładniającą i nienazwaną przestrzeń. Jej celem jest pochłonięcie odbiorcy i przeniesienie go do stanu tęsknienia, ponieważ tęskniąc, zdajemy sobie sprawę, że wszystko, co nas otacza – ludzie, praca czy nauka – nie jest jedyną rzeczywistością naszego istnienia”

Znam ją i jej historię. Myślę, że twórczość wybrzmiewa najgłośniej, gdy znasz okoliczności, w jakich powstała. Liczy się każda z inspiracji, zapał, łzy i tęsknoty. Kiedy znasz to wszystko, sztuka zdaje się być poza standardową percepcją. Dotyka głębiej, wyraźniej.





Miałam przyjemność wziąć udział w autorskim oprowadzaniu po wystawie „Orion” w galerii Nanazenit. Autorem prac był jeden z moich najlepszych (i najbardziej inspirujących) nauczycieli – Mateusz Dąbrowski. Co do samej formy - bardzo polecam ten konkretny sposób doświadczania sztuki każdemu, kogo przytłaczają wernisaże. Podobała mi się swobodna atmosfera tego spotkania. Nie było wina, muzyki – tylko artysta, jego prace i odwiedzający.

Dzieła zaprezentowane na wystawie „Orion” są zakorzenione w nauce, ale nie w jasny i dosłowny sposób. Mateusz przetwarza wszelkie fale, oddziaływania i drżenia wszechświata w swój własny sposób – zgodny ze swoją wrażliwością oraz punktem widzenia. Jest to niezwykle poetyckie doświadczanie świata.







Jako absolwentka z sentymentu pojawiłam się na wigilii na Wydziale Grafiki. Nie wstydzę się tego, że jestem wyjątkowo nostalgiczną osobą. Poza tym bardzo dobrze było znów pojawić się w tym miejscu i zobaczyć znajome twarze.





Kindle



W połowie grudnia dotarł mój Kindle. Pamiętam, marzyłam o nim jeszcze jako nastolatka, ale traktowałam go jako zbędną fanaberię. Po co mi czytnik, skoro są biblioteki?

Ostatnimi czasy czułam jednak, że go po prostu potrzebuję. Idea wożenia ze sobą kilku tytułów (czytam kilka książek naraz) wydawała mi się coraz bardziej abstrakcyjna. Ponadto z biegiem czasu znacznie zmniejszyła się objętość mojej codziennej torebki. Stanęłam więc przed dylematem –korzystanie z Kindle lub też znaczne ograniczenie czytania.

W tym momencie odhaczyłam już kolejną pozycję z listy książek, które bardzo chciałam przeczytać, a na które brakowało mi czasu. Zakup zdecydowanie trafiony.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz