462 minuty






-----




Wschód słońca – 07:43.
Zachód słońca – 15:25. 


Pomiędzy nimi, czas, w którym to przy chłodnym, zimowym świetle mogę malować. Żadne doświetlanie sztucznym światłem nie jest w stanie zastąpić naturalnego oświetlenia. Nawet gdy za oknem szarzyzna i smog. Żarówka zawsze trochę zniekształca kolory, ociepla, oziębia; refleksy odbijają się w mokrej strukturze obrazu. Jedyny plus tej sytuacji to fakt, że ograniczony czas wymaga zwiększonej dyscypliny w ciągu dnia. W końcu czas na prace jest ściśle określony, przez słońce (o którym można mówić tylko w teorii, w praktyce, od dawna go nie widziałam).

Dziś, były to 462 minuty.

Przez ten czas, tak parszywy dla malarzy, powstaje cykl, który to opowiada o zupełnym przeciwieństwie aktualnej aury. Mocno zielone, mocne w barwach i fakturze.
Cykl o wiecznej zieleni, osobliwości natury.
O intensywności wilgotnego mchu i kontrastach białych kwiatów.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz