462 minuty






-----




Wschód słońca – 07:43.
Zachód słońca – 15:25. 


Pomiędzy nimi, czas, w którym to przy chłodnym, zimowym świetle mogę malować. Żadne doświetlanie sztucznym światłem nie jest w stanie zastąpić naturalnego oświetlenia. Nawet gdy za oknem szarzyzna i smog. Żarówka zawsze trochę zniekształca kolory, ociepla, oziębia; refleksy odbijają się w mokrej strukturze obrazu. Jedyny plus tej sytuacji to fakt, że ograniczony czas wymaga zwiększonej dyscypliny w ciągu dnia. W końcu czas na prace jest ściśle określony, przez słońce (o którym można mówić tylko w teorii, w praktyce, od dawna go nie widziałam).

Dziś, były to 462 minuty.

Przez ten czas, tak parszywy dla malarzy, powstaje cykl, który to opowiada o zupełnym przeciwieństwie aktualnej aury. Mocno zielone, mocne w barwach i fakturze.
Cykl o wiecznej zieleni, osobliwości natury.
O intensywności wilgotnego mchu i kontrastach białych kwiatów.





Rzym













---


Moje piękne, włoskie wakacje dobiegły końca.
Zupełnie niepogodzona z obecną pluchą i zimnem, wracam myślami do 'wiecznego miasta', w którym to dwa tygodnie temu spędziłam kilka cudownie słonecznych dni.

Wraz z moim miłym, szukaliśmy miejsc jak najbardziej lokalnych, 'włoskich', z dala od turystów i wycieczkowych naganiaczy. I mimo że plan nakreśliliśmy sami, starając się zmieścić wszystko to, co wydawało nam się 'najważniejsze', okazało się, że mimo szczerych chęci zabrakło nam czasu. Wraz z przemierzaniem Rzymu, nasza lista "do zobaczenia" zamiast kurczyć się, rozrastała.

Wylądowaliśmy w kilkunastu kościołach, w parku akweduktów (parco degi acquedotti), znanym m.in. z filmu "Wielkie Piękno" a także w "czarodziejskim ogrodzie" w samym sercu zatybrza. Tym magicznym miejscem był, a jakże — ogród, Orto Botanico dell'Università di Roma "La Sapienza" wypełniony wspaniałymi gatunkami palm, sukulentami, roślinnością równie bujną co obcą.

Samo Zatybrze ma w sobie mnóstwo uroku — wąskie uliczki, zapach unoszący się z malutkich restauracji i fantastyczna atmosfera artystycznej bohemy. Oraz jedna z jego największych dostrzeżonych przeze mnie zalet — niewielka liczba turystów.

Rzym, jak i całe włochy mają specyficzny klimat. Dumy i nieskrępowania. Dbałości o detale, ale bez zbytecznego pośpiechu. Włosi mają olbrzymi szacunek do kuchni (co było czuć w każdej restauracji nienastawionej stricte na turystów) i czerpią radość z celebrowania posiłków wspólnie.

Chciałabym część z tych przywar zakorzenić również u siebie.
A We Włoszech — warto się zakochać, choć to miłość już na całe życie.